Ożywianie przynęt-WW5-97

Zastanawiam się, co łączy tak różne formy wędkowania jak sztuczna mucha, spinning czy łowienie podlodowe? Wszyst­kie te metody opanowałeś per­fekcyjnie. Nie lubisz stacjonarnego łowie­nia, gruntówki?

– Dla mnie wędkarstwo to różne aktywne formy działania; dlatego przepływanka, podlodówka i spinning. Nie lubię w bezruchu przebywać nad wodą. Musi się coś dziać, musi być jakiś ruch.

– Tylko, jak wiem, spinning w twoim wy­konaniu to nie tyle bieganie po rzece i zaliczanie kilometrów, co praca przynętą w wodzie. Największa wagę przywiązujesz do tego, żeby przynęta odpowiednio grała.

– Tak. Powiem ci, przed laty bardzo lubi­łem spacery. Pasjonowały mnie. Nad Tanwią robiłem dziesięć kilometrów tam i z powro­tem, po dwadzieścia kilometrów z wędką w obie strony! Ale nasyciłem się już tym zwie­dzaniem, tym odkrywaniem, co jest za drugim zakrętem i dalej, i dalej, W tej chwili zmieni­am taktykę. Wybieram sobie jakiś odcinek rzeki, znajduję jakiś dołeczek i pracuję nad nim dotąd, aż się upewnię, że albo tam ryb nie ma, albo jestem całkowicie wobec nich bez­radny. To wszystko osiągam poprzez stosowa­nie różnych przynęt i różnego sposobu pracy nimi.

– Obserwując innych pstrągarzy, najczę­ściej widzę, jak podkradają się, nawet podpełzają do rzeki, rzucają raz i drugi, i idą dalej. Owszem, też mają efekty. Ty, przyczajony nad głęboczkiem, będziesz w nim gmerał i gmerał, aż jak mówisz, uznasz, że nie ma w nim ryby.

– Albo że ona faktycznie nie chce brać.

– Właśnie. Skąd to przekonanie? Tak sa­mo łowisz pod lodem. Pamiętam dzień taki marny, że mało kto złowił cokolwiek, a ty miałeś branie za braniem, l nie było to za sprawą cudownego miejsca. Wyglądało to prawie jak czary.

– Na lodzie to co innego. Nie przywiązuję się do jednej dziury. Często jak się wywierci dziesięć, piętnaście dziur, to okazuje się, że jedna z nich jest najbardziej wy­dajna. I tam trzeba tej ryby pilno­wać, Ale jak mam przerwę w braniach, to natychmiast lecę do na­stępnej. Zastosowałem taką takty­kę na zawodach podlodowych i dała efekty. Ryba się przemie­szczała, wiedziałem mniej więcej na jakim gruncie, biegałem od jednego do dru­giego otworu i wyjmowałem ryby.

– Podlodówkę stosujesz, jak mówisz, z konieczności. To specyficzne łowienie w bardzo ograniczonym obszarze, jak w stu­dni, u nas, na zalewie, praktycznie dwume­trowej. Porządne obłowienie konkretnego, ograniczonego miejsca, sprowokowanie ryb wymaga kunsztu.

– Mormyszka niewiele odchodzi od otworu. Ruch odbywa się w kole o półmetrowej śre­dnicy. Są takie błystki szybujące, które odcho­dzą trochę dalej.

No więc trafiasz na warstwę, w której są ryby, i teraz cała rzecz w tym, by tymi drobnymi ruchami skłonić je do brania. Ja­kimi? Kiedyś wielką furorę zrobiły radziec­kie elektryczne wędki. Wystarczyło wyre­gulować częstotliwość i amplitudę…

-Sam byłem nimi zafascynowany, ale przeszkadzał mi terkot tej maszynki. Zoriento­wałem się, że jest to zabawa dla samej zabaw­ki. Większa satysfakcję sprawiało mi, jak sam potrafiłem wprowadzić przynętę w takie drga­nia, żeby złowić rybę. Przynęta pracowała nie tylko w pionie, także w poziomie, chodziła po ósemce i na boki. Stosowałem pukanie w dno, jedna z najskuteczniejszych metod przywabia­nia ryby. Grałem mormyszką i wtedy jedynym hałasem był jazgot kołowrotka… Trzeba do­brać mormyszkę. Na początku łowienia warto zastosować przypłaszczoną, podobną do mo­nety. Daje ona silną falę hydroakustyczna, Kiedyś brania byty słabe i następowały tylko podczas opadu. Trzeba było użyć jak najlżej­szej mormyszki.

– Ale nie każdemu, kto utopi pod lodem swą błystkę czy mormyszkę, ryba weźmie. Jak ty to robisz, że właśnie twoja błystka, twoja mucha czy twoja mormyszka prowo­kują rybę! Przecież nie każda błystka, nie każda mormyszka, poruszana w wodzie, jest skuteczna. Każdy, kto łowi na przynęty sztuczne, stara się nimi sprowokować ryby, lecz nie każdemu to wychodzi. W czym tkwi ta tajemnica?

– Jak już się dobierze wielkość przynęty, jej kolor i kształt, to pozostaje jeszcze sposób po­ ruszania, nad którym trzeba popracować. To jest związane oczywiście z doświadczeniem.

W łowieniu podlodowym są różne techniki ożywiania przynęty. Jeżeli na danym łowisku spodziewam się jazgarzy, szukam takiej przy­nęty, która mocno pulsuje, a jednocześnie przy zasysaniu przez rybę nie stawia dużego oporu. Trzeba jeszcze stosować odpowiednie przerwy w poruszaniu przynętą, w „ożywia­niu” jej, by jazgarz mógł ją zassać. Bo jazgarz nie jest zbyt szybką rybką, chociaż zdarzyło mi się łowić jazgarze na twistery, co mnie bar­dzo dziwiło.

To były pierwsze jazgarze jakie złowiłem metoda spinningową. Ruch mormy­szką jest najistotniejszy. Jeden porusza żwa­wiej, drugi wolniej. Trzeba rybę zainteresować! Inaczej będzie brała płoć, inaczej leszcz, a jeszcze inaczej okoń. Jeżeli wiem, jakich ryb mogę spodziewać się na łowisku, mogę odpo­wiednio dobrać i mormyszkę i sposób poru­szania jej. Na tym to polega.

– A spinning? Starzy spinningiści pamię­tają wielkie wahadłówki, które właściwie pracowały w wodzie same, potem nastał czas obrotówek. Te dopiero grały! Teraz przyszedł czas cienkich i mocnych żyłek, które pozwalają łowić na rozmaite, często miniaturowe przynęty. Jigi to nie są przy­nęty, które grają same. Opowiadałeś mi kiedyś historyjkę o wędkarzu, który cały dzień rzucał i nic mu nie wzięło.

– Wcale mu się nie dziwię. Nasze pierwsze doświadczenia były podobne. Jeżeli łowi się w wodzie stojącej, zdarzy się czasem, że jakiś szczupak czy okoń zaatakuje idącego po linii prostej twistera. Co wędkarz- to styl. Jeżeli mówimy o gumkach, to ważne jest dopasowa­nie masy główki do grubości żyłki. Ja zwykle staram się stosować tę sama. grubość żyłki, je­żeli łowię na tym samym zbiorniku. Gdy zmienię masę główki, to nie wiem, jak szybko będzie ta nowa przynęta opadała. Jeżeli na tej samej żyłce mam tę sama. główkę i zmienię gumkę, wiem, że dotrze ona w tym samym czasie do dna. To najważniejsza rzecz, o jakiej często zapominają wędkarze, zmieniając szpu­lę z żyłką! Zapominają, że muszą poznać od nowa prędkość opadania przynęty. Jeżeli na przykład nie biorą sandacze i przestawiamy się na okonie, zmieniamy grubość żyłki. I to jest tragedia! Jeżeli chcemy mieć inną żyłkę i inną masę główki, najlepiej weźmy dwa zesta­wy, dwa spinningi. A teraz o jigach i samym jigowaniu. Doszliśmy do tego, że trzeba pro­wadzić je skokowo, to rzecz znana i jest wiele relacji na ten temat. Ale kiedyś łowiliśmy w nietypowy sposób – bez poruszania przynęty. Trafiliśmy na zalewie taki dołek, zarzucaliśmy twistery i staraliśmy się trzymać je na napiętej żyłce w bezruchu, co jak wiesz, jest praktycznie niemożliwe, zwłaszcza gdy łowi się z ło­dzi. Staraliśmy się tak korygować żyłkę, by była stale napięta. To wystarczało, by ogony twislerów poruszały się imitując jakieś stwo­rzenia, które próbują zagrzebać się w dnie. Sandacze w nie biły. I jeszcze o główkach, bo to może przydać się wędkarzowi. Jeżeli mamy główkę kulistą, będzie opadała w pionie, przez co będzie łatwa do połknięcia. Główka typu „stand up” ustawia się na dnie. Ciężką główkę tego typu prowadzi się metodą „tupania”, czy­li krótkich zrywów. Tak prowadzony twister nie przemknie jak rakieta przed nosem sanda­cza i sandacz zdąży go pochwycić.

– Każdy, kto się bawi w spinningowanie, wie, że przynęta musi się z odpowiednią prędkością przesuwać, znaleźć się w polu widzenia drapieżnika i wywołać w nim odruch chwytania. To oczywiste. Dotyczy to każdej przynęty. Przykład z prawie nieru­chomymi twisterami pokazuje, że oprócz samego przesuwania ważne są te drobne subtelne ruchy. Takie drobne drgania, ja­kie wykonuje rybka, która nie ucieka, tylko stoi sobie i wachluje płetewkami albo pró­buje pobierać coś z dna, albo jak mówiłeś, robak, który chce się w dno zagrzebać. Drobny, subtelny ruch, jak podczas łowie­nia na mormyszkę.

– Albo bezruch. Widziałem kiedyś na echo­sondzie sandacze. Stały sobie pomiędzy korzeniami i nic ich nie interesowało. Popłynęli­śmy tam z wędkami. Podsuwamy im różne twistery i nie ma żadnej reakcji, Wymyśliliśmy więc taką metodę .Założyliśmy przelo­towy ołów taką płozę, do tego pływająca sty­ropianową główka i nieduży twisterek. Po za­rzuceniu kręcąc powoli kołowrotkiem, bez blokady, w przeciwną stronę powodowaliśmy wynurzanie się tego twistera. I często się zda­rzało, że zanim doszedł do polowy wody, było uderzenie. Przynęta poruszała się w nietypo­wy sposób.

– Jak pływający wobler?

– Nie. Pływający wobler wynurza się pły­wając jednocześnie do przodu, a tu ruch odby­wał się w pionie, praktycznie równolegle do korzeni. Rzadko stosowana metoda, trzeba mieć do niej sporo cierpliwości.

– Właśnie, cierpliwości. Taki biegający po rzece czy ganiający po całym zbiorniku spinningista tej cierpliwości wiele nie ma. Ale oprócz tej cierpliwości trzeba mieć je­szcze przekonanie, ze ta ryba w tym miej­scu jest. Ktoś, kto rzuci parę razy i mu nic nie weźmie, jest przekonany, że albo ryby w tym miejscu nie ma, albo ona nie żeruje, ,więc idzie dalej. Woli szukać ryby, nie pró­buje jej oszukać.

-Warto zatrzymać się nad miejscami, które inni omijają. Pojechaliśmy kiedyś do Kamienia nad Wisłą. Wszystkie główki były zajęte, nie było gdzie rzucić. Poszliśmy więc w górę na miejsce niegłębokie, gdzie woda powoli i leni­wie płynie. Wody – po kolana. koledzy poszli dalej z błystkami, a ja wszedłem w woderach i zacząłem opukiwać w tym miejscu dno twistera, bo zauważyłem tam kamienie. I wyjąłem trzy sandacze, takie w granicach dwójki! Prze­konałem się, że i w takich nietypowych miej­scach można złowić rybę. I to wszystko odby­wało się w samo południe, przy pełnym nasło­necznieniu! Czyli jak biorą, jak są ,dadzą się złowić! Przede wszystkim musi być ryba. Je­żeli masz przekonanie do miejsca, do przynęty i metody, to trzeba szukać takich form, by sprowokować tę rybę do brania. Chyba że ryba spłoszy się lub zniechęci i odpłynie w siną dal. Często tak jest z pstrągiem, wracam wtedy po niego innym razem.

Czyli trzeba mieć przekonanie do przy­nęty i do metody?

– Trzeba mieć odpowiednią przynętę do od­powiednich warunków. Na pewno byś tamto miejsce opuścił, bo nie da się tam poprowa­dzić błystki. Ja łowiłem twisterem. Inny przy­kład: jak były te wysokie stany wody, koledzy znaleźli dół, krótki co prawda, lecz głęboki na sześć metrów. Woda wynosiła błystki, nie mo­gli sięgnąć dna. Kolega założył ciężką główkę i rzucał dużo wyżej i jak tylko przynęta zeszła w dół, wziął sandacz. Bo one tam siedziały, tylko nie można się było do nich dostać! Są ta­kie różne triki. Często bywa tak, że szczupak wychodzi z zarośli, idąc za przynętą, docho­dzi do łódki i zatrzymuje się, bo przynęty nie ma już gdzie prowadzić. Wtedy stosuje się metodę ósemki. Zakreśla ósemkę tuż pod bur­tą i przedłuża w ten sposób drogę błystki. Al­bo inna sztuczka, tak zwana duplikacja, pod­czas łowienia okoni na muchę. Wolno stoso­wać dwie muchy, więc jeżeli mignie okoniowi jedna koło nosa a on nie zdąży zdecydować się na atak, kiedy zobaczy drugą, często atakuje ją. Sprawdzaliśmy tu wielokrotnie na rzece. Imitowaliśmy larwę chruścika lub larwę ochotki. Jeżeli muchy były różnej wielkości i w różnym kolorze wyniki były dużo gorsze. Okoń reagował najlepiej na dwa powtórzone sygnały.

– Wielka to przyjemność łowić na samo­dzielnie wykonane przynęty, muchy, mikrojigi.

– Nie tylko. Znam kolegę, który wykonuje znakomite woblerki. Każdy egzemplarz to jest zupełnie odrębny model. Wszystkie są nie­zwykle skuteczne. Na testowanie ich poświęca dużo czasu. Nic w baseniku – idzie nad rzekę i sprawdza je w określonych warunkach. Jak zrobił kiedyś imitację ciernika i go poprowa­dził, to wyszło stadko cierników i nie można było poznać, które są prawdziwe, a który jest wykonany przez niego. To było coś niezwy­kłego. Wyjął swojego woblerka, a zdezorien­towane cierniki pozostały. Bardzo mi tym za­imponował.

– Najbardziej lubisz łowić na muszkę. Dlaczego?

– Wędkarstwo muchowe to jest odrębny świat. Łowienie na muchę jest najbardziej widowiskowe, W żadnej innej metodzie nie wi­dać natychmiastowej reakcji ryby na przynętę. Tu reakcja jest błyskawiczna: kładziesz mu­szkę na powierzchni wody, zjawią się ryba i potyka ten sztuczny twór. Jest to potwierdzenie skuteczności twojej muszki. To jest fascynujące! Wędkarstwo muchowe czasem jest je­dyną metodą wywabiania ryby z takiego miej­sca, gdzie inne metody są bezskuteczne. Muszkarstwo to również rozwiązywanie zagadek. Trzeba zdecydować tu i teraz, jaką muszkę za­prezentować suchą, mokrą, nimfę czy streamera, dobrać odpowiednią wielkość i kolor. Ilość naturalnych wzorców i ich sztucznych odpowiedników jest tak wielka, że jest nad czym się zastanawiać. Ładny rebus- prawda? Te sytuacje są niepowtarzalne, za każdym ra­zem jest inaczej. A czy można być bliżej natu­ry brodząc w krystalicznie czystej wodzie, w otoczeniu lasów zielonych, mieć w uszach szum rzeki nagle przerwany gwizdem kołowrotka?                               :

– Mnie fascynuje to, że wy muszkarze sami tworzycie swoje przynęty. Powiedz czym się sugerujesz, kiedy z pęczka piór, włosia i podobnego materiału tworzysz mu­chę?

– Przede wszystkim utrwalonymi, spraw­dzonymi wzorcami, których są tysiące- wyni­kami eksperymentów i obserwacji. Trudno jest dziś wymyślić „swoją” muchę, chyba że fantazyjną. Pozostałe to modyfikacje już ist­niejących, opracowanych wcześniej. Często właśnie te modyfikacje, kompilacje różnych wzorów decydują o sukcesie. Warto wykorzy­stywać najnowsze syntetyczne materiały. Sta­ram się trzymać rękę na pulsie. I warto eksperymentować! Bo wszystko może okazać się dobrą przynętą, nawet gwóźdź. Najważniejsze jest przekonanie o jej skuteczności. Trzeba w nią wierzyć.

– Co więc decyduje o sukcesie? Wiara w przynętę? Wprawa i doświadczenie? Ta­lent? Szczęście?

– Dla początkującego wędkarza podstawą jest wiara w przynętę. Reszta przychodzi z czasem. Wędkarstwo w swej istocie jest rów­nież próbą zmierzenia się z nieznanym. Z autentycznymi siłami Przyrody. Coś jest w tym z tajemnicy. Może jest to spotkanie ze Stwórcą?

Ze ZBYSZKIEM KAWALCEM rozmawiał ANDRZEJ TREMBACZOWSKI

 

Może również zainteresować...